Najwięcej chorych kierowanych jest na oddziały doraźnej pomocy w szpitalach o wielu specjalizacjach. Część osób poddaje się terapii w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym zamiast u lekarza pierwszego kontaktu – donosi w środę „Rzeczpospolita”.

Z danych przedstawionych przez NFZ gazecie wynika, że w poprzednim roku przez SOR-y przeszło ogółem 4,14 mln osób, udzielono przeszło 5 mln świadczeń, a ich koszt wyniósł przeszło 4,75 mld zł. Ich zatłoczenie bywa jednak bardzo zróżnicowane. W niektórych oddziałach ratunkowych na konsultację oczekuje jednocześnie nawet 80 osób na godzinę, ale istnieją też takie, gdzie w kolejce ustawia się zaledwie kilka osób – relacjonuje „Rz”.
Szczeciński rekordzista – 100 tysięcy pacjentów rocznie
Jeżeli chodzi o liczbę chorych (obłożenie), to pierwsze miejsce zajmuje oddział doraźnej pomocy Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 1 w Szczecinie. Jest to największy SOR w regionie Zachodniopomorskim, a jednocześnie jedyny oddział urazowy dla dzieci i dorosłych w tym województwie. Jak informuje „Rz”, każdego roku przechodzi przez niego ponad 100 tys. chorych.
Według opinii cytowanego przez „Rz” doktora Bartosza Myśliwca, dyrektora Szpitala Wielospecjalistycznego im. dr. L. Błażka w Inowrocławiu, przez którego oddział doraźnej pomocy przewija się mniej więcej 200 chorych na dobę, pacjenci wybierają konkretny SOR między innymi ze względu na popularność danego ośrodka i możliwości leczenia, które oferuje. Natężenie ruchu na oddziałach ratunkowych to jednak również efekt niedostatecznej dostępności usług w ramach Podstawowej Opieki Zdrowotnej.
Kadrowa luka w powiatach
Jak wyjaśnia rozmówca „Rz”, lekarz pierwszego kontaktu musi pokrywać część kosztów badań z własnych środków, w związku z czym nie zawsze jest zainteresowany poszerzaniem diagnostyki. POZ zmaga się również z niedoborami personelu. W rzeczywistości w wielu regionach zaczyna brakować lekarzy rodzinnych, a ci, którzy jeszcze przyjmują, to osoby w wieku przedemerytalnym.
W efekcie rolę placówek POZ przejmują SOR-y, do których zgłaszają się chorzy, nie w nagłych przypadkach, ale żeby się leczyć – podsumował Myśliwiec w rozmowie z „Rz”.
gru/ san/
