Po piątkowej katastrofie i poniedziałkowym zamieszaniu, poranek we wtorek przyniósł znaczący wzrost na rynkach metali cennych. Srebro zyskiwało na wartości w tempie dwucyfrowym, a złoto było tuż za nim. Sygnalizowało to utrzymanie się wyjątkowo dużej niestabilności.

We wtorek o godzinie 10:20 najaktywniejsza seria nowojorskich kontraktów futures na złoto wzrosła o prawie 6%, osiągając poziom 4 930,51 USD za uncję. Według doniesień agencji Reuters, to najmocniejszy dzienny wzrost cen złota od listopada 2008 roku – to jest punktu kulminacyjnego kryzysu finansowego z lat 2007-09.


Niemniej jednak, nie wolno pomijać faktu, że obecny wzrost nastąpił po gwałtownej zmianie sytuacji w poniedziałek, kiedy to złoto najpierw potaniało o 486 USD za uncję (co stanowiło spadek o prawie 10%!), aby następnie zyskać na wartości o niemal 260 USD/oz., zmniejszając zakres przeceny do 4,6%. Zatem wzrost z wtorkowego ranka oznacza powrót do poziomu z otwarcia notowań w tym tygodniu. W piątek złoto odnotowało największy dzienny spadek we współczesnej historii, tracąc na wartości ponad 10%, co stanowiło znaczną korektę po kilku miesiącach wcześniejszych zwyżek.
Jeszcze bardziej dynamiczne zmiany zaobserwowano na rynku kontraktów na srebro, które przed południem zyskały na wartości o blisko 12%, osiągając cenę 85,98 USD/oz. Dzień wcześniej kwotowania białego metalu początkowo spadły z 85 USD do 71,20 USD/oz., by w dalszej kolejności wzrosnąć do prawie 80 USD. Natomiast w piątek cena srebra zanotowała rekordowy spadek o 28%.


W ostatnich dniach rynki metali szlachetnych funkcjonowały w sposób niezbyt logiczny. „Bezpieczna przystań” potrafiła drożeć o kilka procent każdego dnia, tak jakby świat finansów miał się skończyć nazajutrz. Długoterminowy trend wzrostowy został spotęgowany przez dopływ kapitału spekulacyjnego, co ostatecznie poskutkowało piątkowym krachem i poniedziałkowym chaosem. Ten ostatni był również skutkiem działań władz giełdy nowojorskiej, które wielokrotnie podnosiły wysokość depozytów zabezpieczających.
Mówi się, że przyczyną piątkowego spadku cen metali szlachetnych była nominacja Kevina Warsha na stanowisko szefa Rezerwy Federalnej. Wcześniej pan Warsh był uważany za monetarnego „jastrzębia”, więc rynek mógł go postrzegać jako względnie bezpiecznego kandydata na nowego prezesa Fedu. To usunęło z rynku część obaw i mogło być bodźcem do zamykania długich pozycji w kontraktach na złoto i srebro.
Obecnie rynki metali weszły w okres „przetasowań” przy bardzo dużej zmienności. Część inwestorów wciąż pozbywa się długich pozycji, inkasując znaczące zyski z ostatnich miesięcy. Natomiast inni ponownie zapełniają portfele metalami szlachetnymi, dostrzegając ich wartość przy znacznie obniżonych (lecz wciąż nominalnie bardzo wysokich) cenach.
