Dlaczego ograniczanie się do krajowej giełdy jest jak rezygnacja z oglądania Ligi Mistrzów? Polscy inwestorzy coraz śmielej odrzucają „home bias” i wyruszają na podbój globalnych rynków. Jak jednak mądrze zarządzać ryzykiem walutowym?

Inwestując w szeroki rynek w Polsce, kupujemy to, co już było, podczas gdy inwestowanie globalne pozwala nam lokować kapitał w przyszłość. Koncentrując swoją uwagę i środki na warszawskim parkiecie, nieświadomie rezygnujemy z potencjalnych zysków, jakie mógłby wygenerować nasz kapitał gdzie indziej.
– W idealnie zdywersyfikowanym, podręcznikowym portfelu globalnym, polskie akcje powinny stanowić zaledwie 30 groszy na każdą zainwestowaną stuzłotówkę – podkreśla Szymon Karaś, zarządzający w UniCredit.
Jednak dane z ostatnich lat wskazują, że aż 94% inwestycji w akcje krajowych inwestorów pozostaje w Polsce. Jest to jeden z najwyższych wskaźników odnotowywanych przez badaczy tego zjawiska. Czechy i Węgry wykazują znacznie mniejszy stopień przywiązania do rodzimego rynku akcji, a co istotniejsze – wskaźnik ten w tych krajach sukcesywnie maleje.
Teraz, w ramach cyklu „Inwestycje bez Granic” prowadzonego przez UniCredit, głos w tej sprawie zabiera Ignacy Morawski, zastępca redaktora naczelnego „Pulsu Biznesu”.
Jacek Misztal, Bankier.pl: Z najnowszych badań OBI za ubiegły rok wynika, że polscy inwestorzy coraz chętniej spoglądają na rynki zagraniczne. Niemal 60% z nich zainwestowało w zagraniczne ETF-y, 47% w akcje zagraniczne, a 23% w waluty. Od czego powinniśmy zacząć, myśląc o rynkach globalnych? Dlaczego ekspozycja walutowa może być z jednej strony „drugim silnikiem” portfela, a z drugiej czymś, co nam zaszkodzi?
Ignacy Morawski, z-ca redaktora naczelnego „Pulsu Biznesu”: Zacząłbym od porównania do piłki nożnej. Można być lokalnym patriotą i interesować się tylko własną drużyną, ale rezygnując z oglądania Ligi Mistrzów, angielskiej czy hiszpańskiej ligi, tracimy znaczną część wrażeń, ponieważ są to rozgrywki na zdecydowanie wyższym poziomie. Podobnie jest z inwestowaniem – ograniczanie się jedynie do Polski pozbawia nas dostępu do wielu niezwykle atrakcyjnych aktywów, zwłaszcza akcyjnych.
Polska giełda to zaledwie ułamek procenta światowej wartości rynków. Nie inwestując za granicą, odcinamy się od 99,5-99,7% globalnego rynku, od spółek tworzących na przykład technologie AI, czy rozwijających sektory medyczny i biotechnologiczny. W ekonomii niechęć do rynków zagranicznych nazywana jest „home bias”. Jest to efekt psychologiczny – człowiek preferuje to, w co inwestuje, by było mu bliskie. Należy jednak znaleźć równowagę pomiędzy tymi skrajnościami.
Skoro mowa o równowadze – czy istnieją jakieś wzorcowe proporcje? Często mówi się, że złoto powinno stanowić około 10-15% portfela. Czy na przykład 25% środków w walutach to optymalny poziom, zabezpieczający nasze polskie interesy?
W inwestycjach nie istnieją uniwersalne schematy. Wszystko zależy od horyzontu inwestycyjnego: jeśli ktoś jest młody i oszczędza na emeryturę przez 20-30 lat, jego alokacja w świat powinna być wyższa. Ważna jest również nasza akceptacja ryzyka walutowego, ponieważ przy samodzielnym kupowaniu zagranicznych akcji, ryzyko to jest zawsze obecne. Waluta może być naszym motorem napędowym, gdy złoty się osłabia, co przekłada się na wyższe zyski, ale może również obniżać nasze dochody, gdy polska waluta zyskuje na wartości. Uważam jednak, że ze względu na wciąż niską popularność inwestycji zagranicznych w Polsce, dla większości inwestorów optymalnym rozwiązaniem byłoby po prostu zwiększenie zainteresowania globalnym rynkiem.
Jednak, biorąc pod uwagę to zainteresowanie światem, wciąż jesteśmy mocno związani ze złotym. W Polsce mamy rosnący deficyt, dług publiczny i ryzyko obniżenia ratingu. Czy złoty można w ogóle uznać za bezpieczną przystań dla długoterminowego kapitału, czy raczej kwestie fiskalne znacząco wpłyną na stabilność kursu?
Złoty z pewnością nie jest bezpieczną przystanią. Tę rolę pełnią waluty krajów o silnej pozycji finansowej, jak Szwajcaria (frank) czy USA (dolar). Niemniej jednak pojawiają się opinie, że Polska to kraj o stabilnym wzroście gospodarczym, co przyciąga kapitał, i jesteśmy stosunkowo bezpiecznym państwem. Jeśli porównamy Polskę choćby z Węgrami, zauważymy, że w perspektywie ostatnich 10, a nawet 20 lat, złoty wykazuje wyjątkową stabilność w stosunku do euro.
Mamy wysoki deficyt i faktycznie grozi nam redukcja ratingu, ale jednocześnie posiadamy zrównoważone saldo na rachunku obrotów bieżących, co dla inwestorów zagranicznych często jest ważniejsze niż saldo budżetowe. Należy jednak pamiętać, że złoty okresowo doświadcza znaczących deprecjacji spowodowanych zewnętrznymi wstrząsami – tak było po pandemii lub po wybuchu wojny w Ukrainie.
W 2022 roku obserwowaliśmy wręcz paniczne ruchy inwestorów w kierunku dolara.
Dokładnie. Ludzie w panice kupowali dolary po 4,50 zł, a nawet 5 zł, podczas gdy dziś jest on wyceniany poniżej 4 zł, co sprawia, że wiele osób żałuje swojej decyzji. W krótkim terminie waluty są całkowicie nieprzewidywalne, natomiast w dłuższej perspektywie zazwyczaj wracają do stabilnych trendów, w przeciwieństwie do akcji giełdowych, które wraz z upływem czasu rosną dzięki zyskom firm. Z tego powodu zagraniczne waluty stanowią zabezpieczenie w czasach kryzysu, ale należy zachować dużą ostrożność przy posiadaniu zbyt dużej, niezabezpieczonej ekspozycji walutowej.
Jak zatem mądrze unikać tego ryzyka? Jak inwestor detaliczny może zabezpieczyć się walutowo, kupując amerykańskie akcje?
Przede wszystkim trzeba uświadomić sobie pewną zasadę. W przypadku kredytów frankowych mówiło się, że kredyt należy zaciągać w walucie, w której się zarabia. W przypadku inwestycji jest analogicznie: inwestować powinno się w tych walutach, w których ponosi się wydatki. Nawet banki, dysponujące armią analityków, nie podejmują niepotrzebnego ryzyka walutowego – zabezpieczają swoje aktywa, aby wahania kursów nie wpłynęły negatywnie na ich wyniki. Tym bardziej ostrożny powinien być przeciętny człowiek.
Najprostszym sposobem zabezpieczenia dla zwykłego inwestora jest po prostu kupowanie funduszy inwestycyjnych ETF, które posiadają wbudowane zabezpieczenie walutowe (tzw. fundusze hedged). Sięganie po skomplikowane instrumenty czy opcje walutowe to domena zaawansowanych inwestorów. Jeśli wchodzimy mocno na rynki zagraniczne, część tego ryzyka prawdopodobnie i tak będziemy musieli zaakceptować, ale znaczną część portfela zdecydowanie warto ochronić przed wahaniami walutowymi.
Jaką kluczową myśl chciałby Pan przekazać na koniec inwestorom?
Inwestowanie na świecie to po prostu forma ubezpieczenia się przed tym, co może dziać się w naszej lokalnej gospodarce. Jesteśmy z nią na co dzień bardzo mocno związani naszym życiem i pracą. Jeśli w Polsce będzie źle, mogą pojawić się problemy z naszymi miejscami pracy lub biznesami. Posiadając wtedy część zabezpieczonych aktywów na świecie, znajdujemy się w znacznie lepszej sytuacji. Zachowajmy przy tym umiar, ponieważ naturalne jest, że największy komfort psychiczny czerpiemy z inwestowania w to, co jest nam bliskie i zrozumiałe.
Tekst przygotowany w ramach cyklu Inwestycje bez granic, którego partnerem jest UniCredit

