Polskie szpitale: przygotowane na wojnę? „Zegar tyka”

Oprócz konfliktu zbrojnego, także operacje hybrydowe i incydenty na dużą skalę potrzebują zgranej kooperacji między cywilnymi i wojskowymi jednostkami medycznymi – zaznaczył dr płk Jarosław Kowal. W konwersacji z PAP wspomniał otwarcie o niedoborach personelu, niebezpieczeństwie logistycznym oraz potrzebie wyznaczenia szpitali „z mocy prawa”, a nie dobrowolnie.

Czy polskie szpitale są gotowe na konflikt? „Czas jest zasobem, który się kurczy”

fot. Tomas Ragina / / Shutterstock

W Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie odbyła się trzecia konferencja z serii poświęconej przygotowywaniu szpitali cywilnych do kooperacji z wojskową służbą zdrowia w przypadku konfliktu zbrojnego lub nagłych wypadków masowych. O faktycznym stopniu przygotowań PAP porozmawiała z dr. płk. Jarosławem Kowalem, wicedyrektorem WIM ds. operacyjnych i zastępcą komendanta Centralnego Szpitala Klinicznego MON.

PAP: W Wojskowym Instytucie Medycznym wystartował cykl szkoleń dotyczących współdziałania cywilno-wojskowego. Jaki jest jego cel?

Dr płk Jarosław Kowal: Wykonujemy zadania narzucone przez Ministerstwo Obrony Narodowej. Od grudnia realizujemy cykl konferencji dedykowanych przygotowaniu cywilnych placówek medycznych do wykonywania zadań na rzecz obronności państwa. Pierwsze spotkanie dotyczyło regulacji i fundamentów prawnych, drugie infrastruktury, odporności budynków i rezerw strategicznych, a trzecie – praktyki: doszkalania personelu, koordynacji, komunikacji i realnych wariantów działania.

Ale chcę to uwydatnić: na wojnę nie przygotują nas konferencje. Przygotują nas postanowienia, obowiązkowe normy i implementacje.

PAP: Czy Polska jest dzisiaj gotowa na duży napływ rannych w razie starcia zbrojnego?

J.K.: Formalnie system istnieje. W każdym województwie są wyznaczone szpitale mające do dyspozycji bazę łóżkową na potrzeby sił zbrojnych. Koordynacją zajmują się komendanci rejonów zabezpieczenia medycznego wojska. Jednakże pytanie brzmi: czy system jest adekwatnie przetestowany i udoskonalony? Moim zdaniem wymaga dalszego doprecyzowania – zwłaszcza w zakresie poziomów referencyjności oraz wyraźnego przypisania odpowiedzialności.

W sytuacji wojny nie będzie czasu na ustalanie, kto jest za co odpowiedzialny.

PAP: A co w przypadku nie wojny, ale ataku, dywersji, serii incydentów hybrydowych?

J.K.: Wtedy najważniejsza jest niezwłoczna współpraca ratownictwa medycznego, policji, straży pożarnej i wojska. Doświadczenia chociażby z powodzi w Kotlinie Kłodzkiej unaoczniły, że najlepiej pod względem proceduralnym przygotowaną formacją jest dzisiaj straż pożarna – działa w oparciu o czytelny sztab, konkretne narady i szybkie decyzje.

W medycynie najważniejsza jest triaż rannych na miejscu zdarzenia. Nieprawidłowo wykonana segregacja i ewakuacja mogą unieruchomić nawet najlepszy szpital. Jeśli wszyscy ranni trafią do jednej jednostki, system ulega blokadzie.

PAP: Lekarze twierdzą: nie jesteśmy przygotowani, nikt nas systematycznie nie szkoli.

J.K.: Problemem nie jest chęć, lecz brak obligatoryjnego systemu. Obecnie szkolenia z medycyny pola walki proponują różnorakie podmioty, jednak brakuje jednolitego standardu państwowego.

Proponujemy trzystopniowy model kompetencji. Podstawowy poziom powinien objąć 100 proc. załogi – każdy lekarz i pielęgniarka musi umieć zatamować poważny krwotok, odbarczyć odmę opłucnową, zapobiec hipotermii. To są czynności, które rzeczywiście ratują życie w pierwszych chwilach.

Wyższe poziomy – dla wybranych placówek i wąskiej grupy specjalistów – powinny zawierać zaawansowaną chirurgię urazową, intensywną terapię oraz medycynę taktyczną. Lecz to musi być decyzja odgórna, a nie pozostawiona swobodnemu wyborowi.

PAP: Brakuje jednak medyków wojskowych.

J.K.: To fakt znany od przeszło 20 lat. Po zamknięciu Wojskowej Akademii Medycznej deficyty zaczęły się powiększać. Dziś mówimy o kilkuset nieobsadzonych stanowiskach. Skala rezygnacji absolwentów wojskowego kierunku lekarskiego jest znacząca.

Powody są klarowne: zarobki, brak jasnej drogi rozwoju zawodowego, niepewność. Bez poprawy warunków służby nie zrekonstruujemy kadry.

PAP: Czego powinniśmy się nauczyć z doświadczeń Ukrainy, jeśli chodzi o organizację wojennej opieki medycznej?

J.K.: Przede wszystkim tego, że wojna obecnie wygląda inaczej. Królują drony. Zmienił się charakter obrażeń – to często urazy połączone, wielonarządowe, z bardzo wysoką umieralnością. Do tego dochodzi wydłużony czas ewakuacji – to już nie parędziesiąt minut, ale godziny, a czasem dni.

Dlatego tak istotne jest pierwsze ogniwo – przeszkolony personel, który potrafi utrzymać rannego przy życiu, zanim trafi on do ośrodka wyższego szczebla.

Druga nauka jest okrutna: nawet 30–40 proc. personelu może odpaść z powodu obciążenia psychicznego. To nie są pojedyncze incydenty, to codzienne zetknięcie z amputacjami, intensywnymi krwotokami, rozległymi uszkodzeniami. Jeśli nie zadbamy o odporność psychiczną załogi, system się rozpadnie.

PAP: Czy powinno się zawczasu wytypować konkretne szpitale jako te przeznaczone do działań wojennych?

J.K.: Tak. To nie może zależeć od zgłoszeń i dobrej chęci. Państwo powinno wyznaczyć konkretne placówki, określić ich funkcję, wymogi infrastrukturalne i poziom przygotowania. W oparciu o realistyczne plany operacyjne sił zbrojnych.

PAP: A co z logistyką? Jeśli zostaną przerwane łańcuchy zaopatrzenia w leki?

J.K.: Około 70 proc. czynnych substancji używanych w produkcji lekarstw pochodzi z Chin i Indii. To jest strategiczne ryzyko. Rezerwy istnieją, ale wymagają skalkulowania pod kątem rzeczywistego zapotrzebowania w warunkach wojennych – nie dobowego, lecz 30-dniowego lub 60-dniowego.

Musimy również pomyśleć o krwi, materiałach opatrunkowych, sprzęcie jednorazowym. Wojna to ogromne zużycie materiałowe.

PAP: Kiedy pierwszy szpital cywilny przejdzie pełną certyfikację wojenną?

J.K.: Jeśli w ciągu najbliższego roku uda się zrealizować program pilotażowy i certyfikować pierwszy ośrodek – będzie to sukces. Lecz to wymaga decyzji politycznych, środków finansowych i jednoznacznych regulacji.

PAP: Czy jesteśmy dzisiaj gotowi?

J.K.: Jesteśmy w trakcie przygotowań. Dysponujemy dokumentami, analizami, koncepcjami. Teraz potrzebne są wdrożenia. Nasi partnerzy z Ukrainy twierdzą: „macie jeszcze czas, wykorzystajcie go rozważnie”.

Czas to zasób, który się kurczy. W okresie pokoju możemy debatować. W trakcie wojny będziemy tylko działać – albo ponosić następstwa braku decyzji.

Rozmawiała: Mira Suchodolska (PAP)

mir/ mark/

No votes yet.
Please wait...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *