
Od dawna z pewną ironią obserwuję fenomen najpopularniejszego kierunku studiów w historii Uniwersytetu Yale. Nosi on nazwę „Nauka o Dobrobycie”, a jego twórcą jest profesor psychologii Lori Santos. Ludzie zapisują się na niego setkami tysięcy osób, mając nadzieję, że nauka akademicka w końcu pozwoli im zaznać szczęścia, informuje Ukr.Media.
Jeśli pozbawimy tę akademicką opowieść patosu, główny argument Santos sprowadza się do faktu, że nasz mózg nieustannie nas oszukuje. Nazywa te niechęci – fałszywymi pragnieniami. Uparcie wierzymy, że nowy samochód, większe mieszkanie czy najnowszy model telefonu uczynią nas szczęśliwszymi. Przewidujemy naszą radość, kupujemy daną rzecz, odczuwamy chwilową przyjemność, a potem staje się ona jedynie tłem. Kolejny T-shirt w szafie, który nosisz w domu, bo ma plamę.
Santos twierdzi, że pieniądze jako cel to klasyczne, fałszywe pragnienie. I tu przypominam słynne badanie Princeton z 2010 roku. Naukowcy przeanalizowali wówczas ankiety przeprowadzone wśród prawie pół miliona Amerykanów i wydali werdykt: związek między szczęściem a stanem konta bankowego istnieje, ale osiąga on pułap gdzieś na poziomie 75 tysięcy dolarów rocznie. Po tym, jak twierdzą, bez względu na to, ile będziesz wiosłować, nie będziesz szczęśliwszy.
Brzmi to ładnie, ale patrząc na pensje w Ameryce, te liczby wydają mi się nieco naiwne. Już w 2012 roku międzynarodowe badania podniosły cenę normalnego dobrobytu do 160 000 dolarów rocznie. Inflacja dusz, nic innego. A w 2018 roku chłopaki z Harvardu postanowili w końcu położyć kres temu romantyzmowi i udowodnić, że naprawdę duże pieniądze działają. Według ich danych, jeśli masz na koncie ponad osiem milionów dolarów, obiektywnie czujesz się lepiej niż inni. Trudno zaprzeczyć, że wygodniej jest przeżywać kryzys egzystencjalny na pokładzie własnego jachtu niż w wagonie metra.
Ale nauka płata tu figla. Nawet osiem milionów, choć wzruszające, ma o wiele mniejszy wpływ na nasze podstawowe poczucie szczęścia, niż nam się wydaje. I to na pewno mniejszy niż rzeczy darmowe.
Ciągle słyszymy, że powinniśmy kupować doświadczenia, a nie rzeczy. Brzmi wspaniale, dopóki nie przypomnimy sobie, że doświadczenia wymagają również posiadania plastiku w kieszeni. Lubię jeździć nocą po pustej autostradzie, ale wiąże się to z tankowaniem, zmianą opon i okazjonalnym zatrzymywaniem się na stacji benzynowej, gdzie zostawia się absurdalnie wysokie kwoty. Lubię podróżować, ale loty i hotele nie są rozdawane za ładne oczy. Sztuką jest chyba uświadomić sobie różnicę.
Samochód to nie tylko kawałek metalu, to przeżycie, jeśli czujesz dreszczyk emocji towarzyszący jego prowadzeniu. Ale dziesiąta para trampek czy dziesiąty komplet drogiej pościeli, który i tak jest już pełen, to tylko próba wypełnienia wewnętrznej pustki zakupami.
Około czterdziestki zaczynasz rozumieć jedną prostą prawdę, że Uniwersytet Yale rozciągnął wykłady na dziesięć dni. Warto nauczyć się czegoś nowego nie tylko dla lepszego CV czy podwyżki, ale po prostu po to, by się nie nudzić. Wydawanie pieniędzy na innych bywa przyjemniejsze niż kolejny kaprys dla siebie. A wieczór z przyjaciółmi lub rodziną w weekend daje więcej energii niż kolejne zamknięte zadanie w pracy.
Pieniądze rzeczywiście dają nam wolność. Ale być może najdoskonalszą formą tej wolności jest luksus niemyślenia o niej w ogóle, po prostu wyjścia na bieg, siedzenia w ciszy lub zapisania kilku myśli w notesie. To banał, brzmi jak banał z taniej książki, ale ironia polega na tym, że to właśnie proste rzeczy działają najlepiej.
Udział
Subskrybuj UkrMedia na Telegramie.
⚡ Puls Czytelników
Co więc ostatecznie ratuje nas przed kryzysem: kolejny milion czy luksus całkowitego niemyślenia o pieniądzach?
0 osób już zagłosowało. Dołącz do dyskusji.
💵 Pieniądze to podstawa ⏳ Czas i emocje 🤔 Szukam równowagi
📊 Mapa myśli
💵 Pieniądze to podstawa 0% ⏳ Czas i emocje 0% 🤔 Szukam równowagi 0% 💡
Dyskusja dopiero się zaczyna. Bądź pierwszy, który skomentuje!
Uwagi
Nie ma jeszcze komentarzy. Bądź pierwszy!
