Dlaczego tak nas irytują ci, którzy nauczyli się żyć na wygnaniu?

Dlaczego tak nas irytują ci, którzy nauczyli się żyć na wygnaniu? 2

Kolejny wątek o emigracji. Z jednej strony ci, którzy latami żyli na kredyt w mieszkaniu bez remontu, a teraz pakują paczki w polskim magazynie, ale po raz pierwszy w życiu piją martini i zamawiają krewetki. Z drugiej strony snoby z warunkowego „służby białych kołnierzyków”, które z kijowskich kawiarni szczerze nie rozumieją, jak można dobrowolnie zamienić status na mundur, informuje Ukr.Media.

Tak długo i tak pilnie udawaliśmy, że każdy na Ukrainie jest informatykiem, prawnikiem i właścicielem kawiarni z wyrobami rzemieślniczymi, że jakoś zapomnieliśmy o rzeczywistości.

Dla kobiety z małego miasteczka, która utrzymywała rodzinę za pięćset dolarów miesięcznie (i to w najlepszym razie), europejska płaca minimalna z gwarantowanym pakietem socjalnym to nie najniższy poziom socjalny. To awans. Idzie do fabryki albo do kasy w supermarkecie i nagle okazuje się, że nowe trampki nie wymagają już dwóch miesięcy oszczędności i spotkania z rodziną. Można ją zrozumieć.

Ale są też zupełnie inne historie.

Dermatolog z prowincji, która szczerze mówiąc, była „zatłoczona” w domu – klienci nie chcieli płacić jej ceny, a mężczyzna o znanym nazwisku trzymał się swojej pozycji w rodzinnym mieście i nie chciał się przeprowadzać. Wojna stała się tym samym okropnym, ale legalnym pretekstem do spakowania walizki.

Obecnie jest rozwiedziona, współwłaścicielką kliniki w Warszawie i wydaje się być całkowicie zadowolona z życia.

Jej kijowscy znajomi, mieszkający w komfortowych apartamentach, również nie spieszą się z powrotem. Niektórzy kupują dom w Anglii, nie czekając nawet na pozwolenie na pobyt, inni posyłają dzieci do europejskich szkół, gdzie mogą zostać wyrzucone za korzystanie z telefonu na lekcji, i rozkoszują się tą przewidywalną nudą.

Oczywiście są i tacy, którzy czekają, aż wojna potrwa jak najdłużej.

Udają naukę języka już trzeci rok z rzędu, żyją z zasiłków, kupują rzeczy w sklepach z artykułami socjalnymi i piszą w mediach społecznościowych o swoim „sukcesie”, który w rzeczywistości sprowadza się do spakowania walizek gdzieś na przedmieściach Berlina. To oni najbardziej denerwują tych, którzy zostali.

W tych internetowych kłótniach wcale nie chodzi o patriotyzm. Chodzi o kolosalne, obezwładniające zmęczenie i nieumiejętność zaakceptowania cudzego wyboru.

Najbardziej irytujące są głosy, które giną wśród agresywnych komentarzy.

Kobieta, która straciła dom na froncie, siedziała w piwnicy bez wody, a teraz błąka się po ukraińskich planach filmowych, bo psychicznie nie potrafi się zmusić do wyjazdu. Czyta o tym, jak trudno oddychać we Włoszech czy Hiszpanii, i jej świat w końcu się rozpada.

Zabawne jest patrzeć, jak uporczywie oceniamy życie innych ludzi według własnych kryteriów. Żądamy, żeby ludzie wrócili nie dlatego, że ich tu potrzebujemy, ale dlatego, że mamy już dość myśli, że tam im dobrze. Dobrze bez nas, bez codziennych syren i bez potrzeby bycia bohaterami.

Ktoś zapomniał o przeszłości i w końcu się wyspał, ktoś zrozumiał, że praca fizyczna nie jest niczym hańbiącym, jeśli jest za nią odpowiednio wynagradzana. A my dalej spieramy się o to, czyja forma przetrwania jest bardziej słuszna.

Udział

Subskrybuj UkrMedia na Telegramie.

⚡ Puls Czytelników

Co nas naprawdę tak bardzo denerwuje: czyjeś normalne życie na wygnaniu czy nasza niemożność zapewnienia sobie na nie środków?

0 osób już zagłosowało. Dołącz do dyskusji.

👇 Kliknij jedną z poniższych opcji

✈️ Mają prawo 😤 To jest wyzwalające 🤔 Moje doświadczenie jest inne

📊 Mapa myśli

✈️ Należy im się 0% 😤 To powoduje 0% 🤔 Moje doświadczenie jest inne 0% 💡

Dyskusja dopiero się zaczyna. Bądź pierwszy, który skomentuje!

Uwagi

Nie ma jeszcze komentarzy. Bądź pierwszy!

No votes yet.
Please wait...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *