Matka Polka z wyższym wykształceniem i po trzydziestce. Nowe badania wskazują na znaczący spadek wskaźnika dzietności

[Prompt: Step 1: Identify the language of the source text. Step 2: Rewrite the following text in the SAME IDENTIFIED LANGUAGE while preserving the HTML tags exactly as they are. Focus on rephrasing sentences and using synonyms to enhance the uniqueness of the content without changing the original meaning or adding new information. Ensure the core message and ideas remain intact, and do not alter the structure or purpose of the post. DO NOT add your own comments. Remove the prompt and the original text from your answer. ABSOLUTE RULE: The output language must be identical to the source text language. No English in the output unless the source is English.]: Obiecujemy sobie: „nie będę taka jak moja matka”. A potem łapiemy się na tym samym tonie głosu, tych samych reakcjach i identycznych lękach. Prof. Katarzyna Schier opowiedziała w rozmowie z PAP o traumach przekazywanych między pokoleniami, matkach „na oparach” i dzieciach wychowywanych bez granic.

Matka Polka z dyplomem i po trzydziestce. Nowy raport pokazuje mocny spadek liczby urodzeń

fot. Adam Chelstowski / / FORUM

PAP: Kiedy kobieta dowiaduje się, że zostanie matką, bardzo często obiecuje sobie jedno: „ja będę inna niż moja mama”. Tymczasem po latach okazuje się, że nawet jeśli nie jesteśmy kopią swoich matek jeden do jednego, to przejmujemy ich zachowania, lęki, sposób mówienia, a nawet wady. Jak to się dzieje?

Prof. dr hab. Katarzyna Schier, psycholożka, wieloletni pracownik Wydziału Psychologii UW, psychoterapeutka, członkini Trauma Lab UW: To jest jedno z kluczowych pytań dotyczących relacji międzypokoleniowych. Obecnie dużo się mówi o traumie międzypokoleniowej, czyli o tym, że trudne doświadczenia przechodzą z generacji na generację. Rzadziej się rozmawia o tym, że dokładnie tymi samymi kanałami przekazujemy sobie codzienne nawyki, sposoby reagowania, wzorce miłości, troski czy radzenia sobie ze stresem.

Oczywiście, że geny i biologia mają znaczenie, ale ogromną rolę odgrywa też więź. Dziecko od pierwszych chwil życia poznaje świat poprzez kontakt z matką. Uczy się, czy świat jest bezpieczny, czy należy się bać, czy emocje można okazywać, czy trzeba je tłumić. I bardzo często cała ta nauka odbywa się bez słów.

W psychologii określamy to jako wzorzec przywiązania. Dziecko buduje go od pierwszych miesięcy życia. Jeśli matka jest opanowana, przewidywalna, odpowiada na potrzeby dziecka, maluch uczy się, że świat jest bezpieczny. Jeśli natomiast matka sama żyje w lęku, chaosie lub emocjonalnym oderwaniu, dziecko absorbuje ten stan jako swój własny. I co niezwykle ważne: dziecko nie przejmuje tylko poglądów rodziców, ale sposób przeżywania rzeczywistości.

PAP: Czyli można odziedziczyć po przodkach nie tylko kolor oczu, ale też strach?

K.S.: Tak. Polska stanowi szczególny przykład społeczeństwa obciążonego historycznymi traumami. Wojna, okupacja, niedostatek, śmierć, następnie komunizm i życie w ciągłym napięciu – tego wszystkiego nigdy zbiorowo nie przetworzyliśmy. Cierpienie nie było społecznie akceptowane, ten wielomilionowy, nieopłakany cmentarz sprzed 80 lat nadal za nami ciągnie.

Proszę sobie wyobrazić kobietę, która podczas wojny żyła w nieustannym przerażeniu. Ukrywała Żydów, bała się śmierci, głodu, donosów. Potem urodziła dziecko. Może nigdy niczego nie opowiedziała temu dziecku, ale ono i tak przejęło jej lęk. Poprzez napięcie jej ciała, przez sposób reagowania.

Jeśli matka stale funkcjonuje tak, jakby czekała na katastrofę, która lada moment może się wydarzyć, dziecko chłonie to jak gąbka. Ono jeszcze nie rozumie słów, ale doskonale pojmuje emocje.

PAP: Wiele dojrzałych kobiet dziś mówi: „moja mama mnie nie przytulała”, „nie wyrażała emocji”, „ciągle krzyczała”. Sama nieraz słyszałam: „przestań płakać, nie masz powodu, dopiero jak dostaniesz w kość, to będziesz miała”. Skąd brał się ten chłód?

K.S.: Bardzo bym uważała z ocenianiem tamtych kobiet. One często nie były chłodne z wyboru. Po prostu nie posiadały zasobów – werbalnych czy emocjonalnych. Kobiety wychowujące dzieci w PRL-u żyły w permanentnym kryzysie. Wszystko trzeba było zdobyć, zorganizować, odstać, załatwić. Do tego wiele z nich samo było dziećmi rodziców naznaczonych traumą wojenną. Kochały swoje dzieci. Tylko często nie miały skąd zaczerpnąć języka emocji. Miłość okazywały karmieniem, opieką, czuwaniem, walką o przetrwanie. Nie siadały i nie mówiły: „widzę, że ci smutno”. Bo nikt wcześniej tak nie zwracał się do nich.

PAP: A my powielamy te wzorce? I dlatego tak często łapiemy się na tym, że kopiujemy matki nawet w drobiazgach — sposobie mówienia, ubierania się czy rozumieniu kobiecości?

K.S.: Oczywiście. Córki nieustannie obserwują swoje matki i uczą się od nich kobiecości. Czasem są to rzeczy bardzo subtelne, a czasem zupełnie oczywiste.

Widzę dziś nastolatki noszące bardzo długie, ostre paznokcie – dokładnie takie same jak ich matki. Kiedy się je pyta, dlaczego to robią, często nawet nie potrafią odpowiedzieć, albo mamroczą, że „takie są ładne”. A przecież to jest wzorzec atrakcyjności przejęty niemal automatycznie od ich mam. Dziewczynka patrzy na matkę i uznaje, że „tak powinna wyglądać kobieta”. To właśnie mechanizm modelowania. Bardzo silny, bardzo głęboki i najczęściej całkowicie nieświadomy.

PAP: Jednak coś się odwróciło w tym transpokoleniowym przekazie: jeśli wcześniej dzieci wychowywano zbyt twardo, na zasadzie „zimnego chowu cieląt”, to obecne obowiązuje „model bezstresowy”.

K.S.: Również mam takie odczucie, że dziś coraz częściej wychowuje się dzieci bez wyznaczania granic. I to jest bardzo niebezpieczne.

Pojawiło się przekonanie, że dobry rodzic to taki, który nigdy nie frustruje dziecka, nie mówi „nie”, nie zabrania niczego, nie wywołuje konfliktu. Tymczasem dziecko pozbawione granic nie czuje się wolne. Paradoksalnie: ono czuje się zagubione, bo to właśnie granice dają dziecku poczucie bezpieczeństwa.

Bardzo lubię bajkę o siedmiu koźlątkach i wilku. W niej mama koza, wychodząc z domu, mówi dzieciom: „nie otwierajcie nikomu drzwi”. To jest właśnie dobra granica. Mama nie ogranicza dzieci dlatego, że chce je kontrolować, tylko dlatego, że chce je chronić.

Przeczytaj także

Psycholożka: Współczesne matki żyją pod gigantyczną presją

Tymczasem dziś część matek boi się powiedzieć swojemu dziecku: „nie wolno”, „zabronię ci”, „odłóż telefon”, „nie pójdziesz tam”. Bo boją się, że będą złymi matkami.

PAP: Wielu specjalistów mówi dziś wręcz o rodzicach sparaliżowanych lękiem przed stawianiem granic.

K.S.: Bo współczesny rodzic żyje pod gigantyczną presją. Szczególnie kobiety. One mają być jednocześnie doskonałymi matkami, partnerkami, pracownicami, rozwijać się osobiście, mieć zdrowe dzieci, piękne mieszkanie i jeszcze muszą wyglądać perfekcyjnie na Instagramie. To jest niewyobrażalnie obciążające.

I potem taka kobieta siedzi sama w domu z małym dzieckiem przez dziesięć godzin, jest wyczerpana, przebodźcowana, a internet cały czas mówi jej, że robi coś źle. Za dużo krzyczy. Za mało karmi piersią. Za szybko wróciła do pracy. Za późno wróciła do pracy. Dziecko ma za dużo ekranów. Albo za mało zajęć dodatkowych. To jest potężna machina wpędzająca w poczucie winy.

PAP: I chyba dlatego wiele kobiet wybiera spokój.

K.S.: Tak. Tablet staje się elektroniczną nianią. Smartfon sposobem na uniknięcie konfrontacji. Matka macha ręką i mówi sobie: „byleby nie było awantury”. Ale brak granic także może być formą zaniedbania.

Jeśli kobieta widzi, że dziecko jest uzależnione od telefonu, nie śpi po nocach, zamyka się w świecie internetu, a mimo to boi się zareagować, bo dziecko będzie złe albo „się straumatyzuje”, to mamy poważny problem: dzisiaj matki często bardziej boją się gniewu własnych dzieci niż tego, co się z tymi dziećmi dzieje.

PAP: Skąd ten strach przed powiedzeniem dziecku „nie”?

K.S.: Myślę, że dla wielu z tych kobiet powiedzenie „nie” kojarzy się z przemocą podczas ich własnego dzieciństwa. Pamiętają rodziców krzyczących, karzących, zawstydzających, wymierzających im kary fizyczne. I teraz starają się być zaprzeczeniem tamtego modelu. Tylko że pomiędzy przemocą a brakiem granic jest jeszcze ogromna przestrzeń zdrowego rozsądku. Przecież można powiedzieć dziecku „nie” spokojnie, stanowczo i z miłością.

PAP: Dzisiaj modne jest też pokazywanie idealnego macierzyństwa w mediach społecznościowych.

K.S.: To jest bardzo niebezpieczne. Nastąpiła ogromna estetyzacja macierzyństwa: piękne mamy, piękne dzieci, idealne wnętrza, uśmiechy i czułość, niemal mdła, płynąca z tych kadrów. Wszystko jest pastelowe i harmonijne. A potem taka kobieta siedzi w domu niewyspana, z nieumytą głową, jej dziecko wydziera się od trzech godzin, ona sama jest na skraju załamania i myśli: „co jest ze mną nie tak?”. Problem polega na tym, że porównuje swoje autentyczne życie do cudzej wyreżyserowanej iluzji.

PAP: W naszej rozmowie bardzo mocno wybrzmiewa samotność współczesnych matek.

K.S.: Bo kiedyś istniała wspólnota. Były babcie, ciotki, sąsiadki, inne kobiety, na których można było się wesprzeć, można było liczyć na ich radę i pomoc. Dziś bardzo wiele rodzin funkcjonuje w izolacji, nie mając żadnego zaplecza i młoda matka zostaje przez wiele godzin sama w mieszkaniu z dzieckiem i telefonem, który często nie daje ukojenia, tylko jeszcze bardziej podsyca lęk.

Proszę też zwrócić uwagę na to, że żyjemy od ładnych kilku lat w kulturze permanentnego zastraszenia i strachu przed śmiercią. Najpierw była pandemia COVID-19, potem wybuchła wojna na Ukrainie, do tego jesteśmy bombardowani informacjami o katastrofie klimatycznej, kryzysach gospodarczych, przemocy czy przestępczości. Człowiek cały czas słyszy, że nadciąga coś strasznego. Trudno w takim świecie zdecydować się na dziecko, a jak się ono już pojawi – trudno zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa.

PAP: A co powiedziałaby pani kobietom, które nadal noszą w sobie gniew do własnych matek?

K.S.: Żeby spróbowały „wejść w ich buty”. To nie znaczy, że mamy usprawiedliwiać wszystko. Ale bardzo często, kiedy zaczynamy rozumieć historię własnej matki — jej lęk, samotność, niedojrzałość, wojenne albo powojenne doświadczenia, brak wsparcia — będziemy mogły lepiej ją zrozumieć.

Psychologia zna pojęcie mentalizacji. To zdolność wyobrażenia sobie świata z perspektywy drugiego człowieka. Czasami córka przez całe życie pamięta, że matka była wobec niej chłodna albo krzyczała na nią. Kiedy zastanowi się nad jej życiem, może dostrzeże, że tamta kobieta, kiedy ją urodziła, miała tylko 18 lat, była więc jeszcze dzieckiem, osamotnionym i kompletnie bezradnym. Jeśli „wejdziemy w buty” tej drugiej kobiety, może pojawić się zrozumienie, a wraz z nim – jakaś forma wewnętrznego pojednania.

PAP: Czyli najważniejsze jest zobaczenie człowieka po drugiej stronie?

K.S.: Tak. Zamiast patrzeć w krzywe lustro, które ktoś dla nas zbudował i w którym odbija się narzucony obraz, stworzony choćby przez czyjeś interesy biznesowe. Mam wrażenie, że dzisiaj, w kulturze smartfonów, „aplikacji” i innych nowinek technologicznych, zatracamy tę umiejętność. Coraz łatwiej oceniamy i potępiamy, a coraz rzadziej próbujemy zrozumieć. Przestaliśmy poszukiwać odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”

Myślę, że jeśli mamy dzieci w różnym wieku, to zaczną coraz częściej stawiać to pytanie, choćby w kwestii tych wymyślonych internetowych idealnych norm albo powodów ciągłego straszenia nas śmiercią i katastrofą. I będą mogły się oddzielić, zdystansować do tych treści.

Dostałam ostatnio kubek z napisem – „brzmi jak nie mój problem” – uwielbiam pić z niego kawę, gdy muszę konfrontować się ze światem.

Polki rodzą coraz później. A i tak wciąż są jednymi z młodszych matek w Europie

Według statystyk kobieta, która po raz pierwszy została matką, ma ponad 31 lat – to o pięć lat więcej niż 25 lat temu. Polki są wciąż jednymi z młodszych matek w Europie – podał we wtorek Główny Urząd Statystyczny. Dodał, że w 1980 r. dzieci pozamałżeńskie stanowiły 4,8 proc. ogółu, a w 2025 r. to już 28,4 proc.

czytaj dalej »

Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)

mir/ kcz/

No votes yet.
Please wait...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *