Zróżnicowany wiek przejścia na emeryturę. Ostre komentarze o „archaiczności” w polskim ustawodawstwie.

Luki edukacyjne wśród chłopców, krótsza długość życia, brak równości w przepisach prawnych – w opinii współzałożyciela Organizacji na Rzecz Chłopców i Mężczyzn Jakuba Chabika to realne problemy dzisiejszych mężczyzn. Specjalista zaznaczył w rozmowie z PAP, że ich rozwiązanie nie kłóci się z prawami kobiet, a stanowi fundament zdrowego społeczeństwa.

Nierówny wiek emerytalny. Padły mocne słowa o „anachronizmie” w polskim prawie

fot. Michal Sadowski / / FORUM

PAP: Wspomina pan o mężczyznach, jak o „płci słabszej”. Co to oznacza? Czy to konkluzja społeczna, czy przesłanie polityczne?

Dr Jakub Chabik, inżynier, nauczyciel akademicki i działacz społeczny, współzałożyciel Stowarzyszenia na rzecz Chłopców i Mężczyzn, reprezentant środowiska Kongresu Mężczyzn: Nie sądzę, byśmy mówili o „płci słabszej”. Mówimy raczej o płci, która zmaga się z wykluczeniem i dyskryminacją. Wyliczyliśmy jedenaście przypadków dyskryminacji prawnej w Polsce i o wiele więcej tych, które nie są ujęte w przepisach, ale realnie się zdarzają. Zatem męska płeć może nie jest słabsza, ale z pewnością traktowana jest z lekceważeniem przez państwo i decydentów.

PAP: Czy uważa pan, że potrzebna jest męska wersja feminizmu?

J.Ch.: Nie postrzegamy feminizmu jako bazy odniesienia. Kobiety mają swoje sprawy i dobrze, że o nie walczą. My potrzebujemy struktur, które zajmą się sprawami mężczyzn. To nie jest rywalizacja. Założenie „konfliktu płci” jest sztucznie wywoływane. Większość z nas funkcjonuje w rodzinach, w związkach – jako partnerzy, mężowie, tatusiowie, bracia – i problemy jednej płci bardzo szybko przekształcają się w problemy drugiej. Kryzys mężczyzn nie jest tylko „męskim problemem”, ale problemem rodzin, związków i ostatecznie całego społeczeństwa.

PAP: Czy mógłby pan podać jakieś przykłady?

J.Ch.: Choćby samopoczucie psychiczne. Co roku tracimy mniej więcej cztery tysiące ludzi w wyniku samobójstw – w większości mężczyzn. To nie są anonimowe dane – to konkretni ludzie, czyiś tatusiowie, synowie, partnerzy. Każde takie zdarzenie to tragedia dla całej rodziny. Drugi przykład to rodzicielstwo – w interesie nas wszystkich jest to, aby dziecko posiadało oboje rodziców. Brak jednego z nich, czy to fizyczny, czy emocjonalny, wpływa na rozwój dziecka, jego bezpieczeństwo i przyszłe relacje. To są kwestie wspólne, a nie przeciwstawne.

PAP: W jakich sferach mężczyźni są teraz, pana zdaniem, najbardziej dyskryminowani?

J.Ch.: Najistotniejsza jest edukacja chłopców. Oni wypadają w szkole słabiej niż dziewczyny, a ta przepaść powiększa się poza dużymi aglomeracjami. To nie dotyczy tylko samych chłopców, ale społeczeństwa i systemu oświaty. Poziom wykształcenia wpływa na zdrowie, długość życia, relacje, zarobki – w zasadzie na wszystko.

PAP: Z czego to wynika?

J.Ch.: Z wielu uwarunkowań. Chłopcy dorośleją później, są przygotowywani do działania, nie do więzi. Szkoła nie potrafi ich zainteresować – na przykład czytaniem.

Z osobistego doświadczenia – jako rodzic i wykładowca – widzę, że chłopcy nagminnie „wypadają” z systemu edukacji nie dlatego, że są mniej inteligentni, tylko dlatego, że system nie jest dopasowany do ich sposobu nauki. Oni potrzebują więcej ruchu, więcej aktywności, bardziej zorientowanego na zadania podejścia, a szkoła bazuje na długim siedzeniu, skupieniu i pracy w ciszy. To faworyzuje dziewczęta, które statystycznie szybciej dojrzewają i lepiej się odnajdują w takim modelu.

Przeczytaj także

Emerytalna dyskryminacja mężczyzn. I tak co rok

Dostrzegamy również, że chłopcy są częściej karani, częściej słyszą, że są „niegrzeczni” i „rozkojarzeni”. W konsekwencji bardzo szybko otrzymują łatkę uczniów sprawiających problemy. A to działa jak samospełniająca się przepowiednia – jeśli system mówi komuś, że „jest słaby”, to on to bierze do siebie i przestaje się wysilać.

Druga sprawa to brak przykładów. Szkoła jest sfeminizowana – i nie mówię tego jako zarzut skierowany do nauczycielek, a jedynie jako opis stanu faktycznego. Chłopcy często nie posiadają w edukacji męskich wzorców, z którymi mogliby się utożsamiać. Ma to znaczenie zwłaszcza dla tych, którzy nie mają takiego wzorca w domu.

Trzeci element to brak dopasowania treści. Wspomniałem o czytaniu – jeśli chłopiec nie widzi odbicia siebie w lekturze, nie rozumie emocji postaci, bo jeszcze do nich nie dorósł, to on się od tej książki odwraca. I wtedy słyszy, że „nie czyta”, więc „jest gorszy”. Tymczasem w państwach, które to analizują – jak Finlandia czy Wielka Brytania – wiadomo, jak to zmienić: doborem treści, formą pracy, zestawianiem nauki z działaniem. Natomiast u nas się tego systematycznie nie analizuje.

Pamiętam, że sam miałem trudności z czytaniem książek, w których główną rolę odgrywały uczucia – ciekawiła mnie fabuła, do pojmowania stanów emocjonalnych musiałem dojrzeć. Z kolei w Toruniu widziałem bibliotekę, gdzie chłopców zachęcają turniejami gier planszowych, a potem proponują im książki osadzone w ich otoczeniu. To się sprawdza.

Nie można też pominąć presji społecznej. Chłopcy bardzo wcześnie słyszą: „idź do pracy”, „zarabiaj”, „bądź silny”. W efekcie część z nich obiera ścieżki zawodowe, które dają szybki dochód, ale ograniczają im szanse rozwoju w dłuższej perspektywie.

I teraz sedno sprawy: to wszystko nie jest problem jednostek, ale systemu. Ponieważ jeśli całe grupy chłopców, w wieku 15 lat, rezygnują z edukacji, to nie możemy mówić, że każdy z nich z osobna „nie podołał”. To sugeruje, że system nie funkcjonuje tak, jak powinien.

PAP: Często wspomina pan również o dyskryminacji prawnej.

J.Ch.: Zgadza się. Najbardziej zauważalna jest różnica w wieku emerytalnym. Polska jest ostatnim państwem UE, które go nie wyrównuje. To różnica rzędu ok. 340 tys. zł „kary za bycie mężczyzną” – tyle średnio wynosi suma świadczeń na korzyść jednej kobiety, plus podatki uiszczane przez mężczyznę w przedziale 60-65 lat. Znam absurdalne sytuacje – np. wdowiec wychowujący dzieci pracuje dłużej niż bezdzietna kobieta.

To nie tylko sprawa finansowa, ale też pewnej idei państwa. System nie respektuje realnego wkładu w wychowywanie dzieci czy opiekę nad rodziną, tylko opiera się na prostym kryterium płci. A rzeczywistość społeczna bardzo się zmieniła.

PAP: To uprzywilejowanie kobiet czy element polityki socjalnej?

J.Ch.: To pozostałość z czasów, gdy kobiety miały średnio trójkę dzieci i ponosiły główny trud ich wychowania. Teraz rodziny są bardziej partnerskie, a przywilej nie zależy od rodzicielstwa, a od płci.

PAP: Kolejny temat to obowiązki obronne…

J.Ch.: Tak, to kolejny przykład archaizmu. 96 proc. osób powoływanych na kwalifikację wojskową to mężczyźni. Tymczasem obecne bezpieczeństwo to nie tylko rowy strzeleckie – to cyberprzestrzeń, logistyka, infrastruktura.

Przeczytaj także

Kobiety i dom: To miała być historia. Wyniki badań są bezlitosne: 85% Polaków wciąż ma te same, tradycyjne oczekiwania

Obecnie państwo potrzebuje specjalistów od systemów informatycznych, analityków, logistyków, ludzi zarządzających danymi – to nie są stanowiska związane z siłą fizyczną. Tymczasem cały ciężar formalnych obowiązków wciąż spoczywa niemal wyłącznie na mężczyznach, co nie jest zgodne z realiami współczesnych zagrożeń. Dodatkowo – równość w prawach powinna wiązać się z równością w obowiązkach.

PAP: Krytykuje pan także rynek pracy, mimo że w wielu branżach dominują mężczyźni. Oni także zajmują prestiżowe posady w biznesie lub polityce.

J.Ch.: To prawda, lecz spójrzmy szerzej. Mężczyźni przodują także w najbardziej ryzykownych zawodach – budownictwie, energetyce, rolnictwie. To oni pracują na wysokości kilkunastu metrów, naprawiając kable energetyczne. Przywileje posiadają niektórzy, ciężką i niebezpieczną pracę – dziesiątki tysięcy.

Jeśli spojrzymy na statystyki wypadków w pracy, wyraźnie widać, że to mężczyźni są narażeni na największe niebezpieczeństwo utraty zdrowia i życia. Ten aspekt niezwykle rzadko pojawia się w dyskusji o „uprzywilejowaniu” mężczyzn, a przecież jest nieodłączną częścią realiów rynku pracy.

Z drugiej strony – gdy kobiety są gdzieś słabo reprezentowane, uruchamiamy programy pomocowe, jak „Dziewczyny na politechniki”. Gdy problem dotyczy mężczyzn, mówimy: „sami sobie są winni”. To nielogiczne.

PAP: W danych statystycznych dotyczących zdrowia mężczyźni rzeczywiście wypadają zdecydowanie gorzej niż kobiety. Jak pan to wyjaśnia i gdzie upatruje główne powody tego stanu rzeczy?

J.Ch.: To jeden z najbardziej niepokojących obszarów. Polscy mężczyźni żyją o ponad siedem lat krócej niż kobiety, podczas gdy w krajach Zachodnich ta różnica wynosi 3–4 lata. Państwo prowadzi rozbudowane programy profilaktyczne dla kobiet, a dla mężczyzn – głównie kampanie w mediach społecznościowych.

To nie jest wystarczające. W przypadku kobiet sukces profilaktyki wynikał z faktycznych działań – mammobusów, badań w terenie, szerokich kampanii. Dla mężczyzn tego nie ma, dominuje pogląd, że sami są sobie winni, ponieważ piją, palą, a do tego lekceważą swoje zdrowie, bo się nie badają.

Podam przykład: w aplikacji MojeIKP moja żona otrzymuje przypomnienia o licznych, finansowanych przez NFZ badaniach, ja nie otrzymuję żadnych. A przecież powinienem wykonać badania serca czy prostaty, kolonoskopię i gastroskopię. Lecz nie, nie wysyłamy „androbusów” dla mężczyzn, a potem dziwimy się wynikom statystycznym.

PAP: W debacie publicznej coraz częściej poruszany jest temat sytuacji ojców po rozstaniu rodziców. Jak ocenia pan funkcjonowanie systemu w tym zakresie?

J.Ch.: To dramat, przede wszystkim dla dzieci. Obserwujemy zjawisko alienacji rodzicielskiej – jeden z rodziców izoluje dziecko od drugiego – zwykle to kobieta w ten sposób mści się na swoim byłym partnerze, który w nocy płacze w poduszkę, tak bardzo tęskni za dzieckiem. To forma przemocy – wobec dziecka, wobec jego ojca, a system nie reaguje skutecznie. Co gorsza, chęć ukarania mężczyzny często powoduje, że dziecko odcinane jest od kontaktów z całą jego rodziną: dziadkami, babciami, ciociami i wujkami. To pozostawia trwałe konsekwencje – emocjonalne i społeczne. A państwo nie ma ochoty, by temu zapobiegać.

PAP: Gdyby miał pan wskazać jedną najważniejszą zmianę, która byłaby kluczowa dla poprawy sytuacji mężczyzn we współczesnym świecie?

J.Ch.: Edukacja chłopców to podstawa. Zaniedbani chłopcy stają się mężczyznami z problemami – zdrowotnymi, społecznymi, relacyjnymi. Wpływa to nawet na demografię. Słyszymy od młodych kobiet, że „nie mają z kim wejść w związek”, że ci mężczyźni, którzy są w ich otoczeniu, nie są zadbani, nie prezentują się dobrze, nie potrafią się wysłowić, a to jest efektem systemowym.

Jeśli chłopiec na wczesnym etapie edukacji otrzymuje sygnał, że jest „gorszy”, „sprawiający problemy”, „niepasujący”, to bardzo często bierze tę ocenę do siebie. Traci wiarę w swoje możliwości, wycofuje się albo szuka akceptacji w innych dziedzinach – nie zawsze pozytywnych. To potem ma wpływ na jego wybory życiowe: edukacyjne, zawodowe, ale także na sposób budowania relacji z innymi ludźmi.

Zaniedbania w edukacji nie kończą się na szkole. One trwają przez całe życie. Mężczyźni z niższym wykształceniem częściej pracują w zawodach zagrażających zdrowiu, częściej podejmują ryzykowne działania, uzależniają się i popadają w depresję, rzadziej korzystają z opieki zdrowotnej. Mają również większe trudności w budowaniu stabilnych relacji, co widać chociażby w statystykach dotyczących samotności czy rozpadu związków.

To wszystko tworzy pewien ciąg przyczynowo-skutkowy. Słabsza edukacja to gorsza praca, pogorszenie stanu zdrowia, większe ryzyko izolacji społecznej. A to z kolei wpływa na całe społeczeństwo – również na kobiety, które szukają partnerów do tworzenia trwałych związków.

Z tego powodu uważam, że inwestycja w edukację chłopców to nie jest „polityka dla jednej płci”, a inwestycja w przyszłość społeczeństwa. Każda złotówka przeznaczona na lepsze dostosowanie systemu edukacji do ich potrzeb przyniesie wielokrotne korzyści – w zdrowiu, stabilizacji społecznej i demografii.

PAP: W jakim celu organizujecie Kongres Mężczyzn?

J.Ch.: To wydarzenie, które odbędzie się 25 kwietnia w Warszawie, to próba udzielenia głosu tym, których nie widać – zwykłym mężczyznom. Będziemy mówić o pracy, zdrowiu, zaangażowaniu obywatelskim. To nie jest inicjatywa wymierzona w kogokolwiek – to inicjatywa na rzecz równowagi w społeczeństwie.

Rozmawiała: Mira Suchodolska (PAP)

mir/ mark/

No votes yet.
Please wait...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *