
Natrafiłem na starą bajkę ekonomiczną. Seth Godin – ten sam, który napisał o „Fioletowej Krowie” i kilkunastu innych książkach o tym, jak sprzedawać – kiedyś dość dobrze rozłożył na czynniki pierwsze tzw. problem gapowicza. W naszym kraju nazywa się to prościej – jazdą na króliku, informuje Ukr.Media.
Ekonomiści uwielbiają tę koncepcję. Chodzi o to, że ktoś wygodnie zajmuje miejsce z tyłu, za dobrem publicznym, za które inni już zapłacili.
Klasyką gatunku jest unikanie płacenia podatków. Jedziesz stosunkowo płaską drogą, narzekając na korki, ale twój sąsiad zapłacił za samą drogę. Jeśli jeden taki cwaniak prześlizgnie się obok kasy, system nawet nie kichnie. Ale gdy tylko wszyscy inni poczują się jak idioci, którzy rzucili się na tę ucztę, wszystko zaczyna się walić.
Z jakiegoś powodu wszystko działa inaczej w przypadku mediów.
Gdzieś w Nowym Jorku, na dworcu kolejowym, stoją metalowe kosze na gazety do czytania. I technicznie rzecz biorąc, wynoszenie stamtąd gazety i czytanie jej za darmo jest niezgodne z prawem. Podejrzewam, że jakiś szef gazety, czerwony na twarzy ze złości, zażądał kiedyś ukarania takich czytelników, uważając, że każdy powinien wrzucać pieniądze do kiosku.
I wtedy ktoś zdał sobie sprawę: od dawna nie zarabiamy na papierze. Sprzedajemy uwagę tych samych zajęcy reklamodawcom. Im więcej oczu prześlizguje się po stronach, tym wyższa cena za pasek reklamowy. Nagle okazało się, że darmozjad to nie pasożyt, a zasób.
Wikipedia generalnie opiera się na tym paradoksie. Setki milionów ludzi zagląda tam codziennie, żeby dowiedzieć się, ile lat ma ten czy inny aktor, ale ilu z nas faktycznie wpłaci na nią datek? Kilku. I nikt nie pisze artykułów ot tak. Ci dziwacy-entuzjaści, którzy spędzają noce na redagowaniu dat bitew czy dyskografii zapomnianych zespołów, robią to właśnie dlatego, że ich prace zobaczą miliony darmozjadów takich jak ty i ja. Usuńcie tę milczącą masę – a twórcy znikną.
Przecież ja też piszę ten tekst, w pełni zdając sobie sprawę, że będzie on czytany bez płacenia ani grosza. I bardzo mnie to cieszy. Gdyby takie teksty czytali tylko ci, którzy wrzucają pieniądze do kasy, siedzielibyśmy tu w bardzo ciasnym, dusznym gronie.
Albo te absurdalne znaki „Zakaz fotografowania” w niektórych staromodnych muzeach. To tak, jakby kierownictwo obawiało się, że ktoś zobaczy obraz na czyimś Instagramie i z tego powodu nie kupi biletu. Chociaż Luwr jest pełen ludzi nie dlatego, że nikt nie widział Mony Lisy w internecie, ale właśnie dlatego, że wszyscy ją widzieli, a teraz tłum walczy o prawo do zrobienia sobie z nią rozmazanego selfie.
Marketerzy uwielbiają budować swoje „lejki”, ubolewając nad każdą dziurą, przez którą wycieka grupa odbiorców, która nigdy nie stała się kupującym. Może czas przyznać, że rynek wygląda teraz inaczej? Bardziej przypomina ekosystem. Są tacy, którzy wspierają go pieniędzmi lub pracą, i tacy, którzy po prostu stoją z boku i tworzą tłum. A ci pierwsi istnieją tylko dlatego, że istnieją ci drudzy.
Oczywiście, nikt nie wyeliminował masowego piractwa i jawnej kradzieży, a nie każdy biznes przetrwa, jeśli rozda się wszystko na prawo i lewo. Ale w tym cyfrowym akwarium, w którym wszyscy się znajdujemy, czasami najlepszym rozwiązaniem jest otwarcie drzwi i pozwolenie tłumowi na jazdę bez biletu. Przynajmniej po to, żeby pociąg nie jechał pusty.
Udział
Subskrybuj UkrMedia na Telegramie.
⚡ Puls Czytelników
Kim jest dla Ciebie współczesny „zając”: pożytecznym silnikiem systemu czy zwykłym darmozjadem?
2 osoby już zagłosowały. Dołącz do dyskusji.
🚀 To paliwo dla marki 🦟 Po prostu bezczelny pasożytnictwo 🧩 Wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane
📊 Mapa myśli
🚀 To paliwo markowe 0% 🦟 Po prostu bezczelne pasożytnictwo 50% 🧩 Wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane 50%
Uwagi
Najpierw nowi ↕ Bearded Pike 🧩 Wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane 04.03.2026 18:34 Konsumując treści za darmo, płacimy za to, że pozwalamy na narzucanie nam stereotypów – co jeść, co pić, co nosić, gdzie wysyłać dzieci na studia – wszystko jest teraz w reklamach + Odpowiedz
